Spacer po Siedlcach: Poprzez historię i w drugą stronę

Z Emma Popik : Oficjalna strona gdanskiej autorki ksiazek SF
Skocz do: nawigacja, szukaj

Spacer po Siedlcach: Poprzez historię i w drugą stronę

Spacer po Siedlcach1.jpg
Spacer po Siedlcach2.jpg


Dzisiaj, w sobotę 27 lipca, niemal dwustu mieszkańców Gdańska zebrało się w parku przy ulicy Kartuskiej. Nawet żar lejący się z nieba nie odwiódł ich od zapowiedzianego spaceru po dzielnicy Siedlce. To Magda Nadstawna zaproponowała Radzie Dzielnicy Siedlce zorganizowanie tej wycieczki. Prowadził ją nasz słynny Aleksander Masłowski. Pyknął sobie ze dwa razy z elektronicznego papierosa i rozpoczął swą opowieść.

Jakże była ciekawa. Otóż stawek, gdzie nie wolno karmić ptaków, to resztka fosy. Wykopano ją w XVII wieku, kiedy fortyfikowano Gdańsk, łącząc Górę Gradową i Biskupią Górkę. Stoimy w parku, w miejscu, gdzie była wielka brama obronna, nazywana Bramą Majorów. Rozglądamy się wokoło, a wszystko jest tu historyczne! Wszystko zupełnie inne. Owszem, były tu i ogrody, gdyż ulica nazywa się Nowe Ogrody, ale kolejne ataki wrogów niszczyły je przez stulecia regularnie co pięćdziesiąt lat.

Za Bramą Majorów pobudowano dzielnicę rządową. Coś z tamtych czasów pozostało: Urząd Miejski, stojący w miejscu dawnej siedziby Senatu, lecz w nowym budynku, ostatnio obłożonym styropianem. Czy możemy sobie powiedzieć, że jest to przewrotna kontynuacja „styropianu” z lat osiemdziesiątych?

Była tu i gospoda, gdzie w roku 1716 zorganizowano weselisko bratanka cara Piotra I z księżniczką meklemburską. Idziemy ulicą Powstańców Warszawskich, którą kiedyś nosiła nazwisko burmistrza Gdańska. Zbudował krematorium przy ul. Traugutta, gdzie i on został spopielony. Zbliżamy się do ulicy Bema, która kiedyś nosiła imię innego, niemieckiego generała. Ulice Legnicka, Paska, Wrocławska nazwano imionami wielkich mistrzów krzyżackich., bo tu w latach 20 i 30 wznoszono budownictwo socjalne, gdyż miasto rozwijało się dynamicznie. I choć w dawnych wiekach nie wolno tu było zbudować domu ani nawet posadzić drzewa, gdyż było to miejsce obronne, tamte lata uznano za bezpieczne. I choć historia pokazała, że jest inaczej, domy socjalne na tych ulicach ocalały.

Park na rogu ul. Powstańców Warszawskich i Bema był cmentarzem im. św. Barbary. Zamknięto go dopiero w roku 1969, dokładnie w stulecie założenia. Teraz jest tu park, ludzie spacerują, depcząc miejsca dawnych grobów. Pozostały wytyczone alejki i wysokie drzewa. Na wzgórku ogrodzono płotem z siatki teren, wydzielając ubikację dla psów. Biegają sobie swobodnie w miejscu, gdzie kiedyś przy grobach kolana modlących się krewnych opierały się na miękkiej ziemi. W latach sześćdziesiątych jak zwykle tworzono miejskie mity, mówiąc, że w grobach pochowano skarby. Byli tacy, co ich szukali.

Ale ja tego nie pamiętam. Mieszkałam przy ulicy Powstańców Warszawskich i chodziłam ulicą Bema do szkoły. Mijałam cmentarz: szumiały wysokie drzewa, było strasznie, jak zwykle obok grobów. Samotne przejście przez ulicę Bema było aktem odwagi i smutku. Miałam jednak koleżanki: Krysię, Anię i Grażynę. Nie pomogły mi rozproszyć nastrój. Trzymały się razem, o czymś sobie opowiadając i jedząc cukierki. Nie zwracały uwagi na cmentarz. Ale to się zdarzyło na tej ulicy. Grażyna powiedziała mi: „Wiesz, umarł Stalin”. Podobne nazwisko nosił chłopak z naszej klasy, tylko trzy litery były inne. Przyznam się, że nie zmartwiłam się, gdyż ten chłopak był agresywny i wciąż mnie prześladował, bijąc, potrącając i podstawiając nogę, bym się przewracała. Odczułam więc ulgę, czując, że się skończyło prześladowanie. Zapytałam więc: „Kto, Artur?” Grażyna powtórzyła: „Nie, Stalin umarł”. „A kto to jest?” – zapytałam zdziwiona. Nigdy nie słyszałam tego nazwiska; miałam spokojne dzieciństwo mimo prześladowań łobuza. I tak, w małym, osobistym zakresie i w wielkim prześladowania się skończyły.

To miejsce, tak zwyczajne, z rzędami socjalnych domów, jezdnią, po której miał jechać tramwaj, jest historią, ale zupełnie inną, niż zaplanowano. I dla mnie jest to miejsce mojej osobistej historii. Zastanawiam się przy okazji tego spaceru, który jest tak bardzo pasjonujący, ale mija, czy w latach dwudziestych wieku XXII ktoś będzie tędy szedł. W jakim języku będzie rozmawiał, jak będzie się nazywała jego ulica? I chciałabym wierzyć, że tą doliną, wzdłuż ulicy Kartuskiej nie będzie płynęła rwąca rzeka, szumiąc i pieniąc się, wypłukując czasami jakąś cegłę z budynku czy płytę z kilkoma literami zapomnianego nazwiska w naszej cudzoziemskiej mowie.


Emma Popik